THE SECRET LIFE OF WALTER MITTY – CZYLI DLACZEGO POJECHALIŚMY NA ISLANDIĘ

O wyjeździe na Islandię marzyliśmy już od dawna, była to jedna z pozycji na naszej “wish list”. Pragnienie to spotęgował jeszcze bardziej film “The Secret Life of Walter Mitty” czyli w polskiej wersji “Sekretne życie Waltera Mitty”. Motto przewodnie filmu – spakuj się i ruszaj przed siebie w nieznane jest nam bardzo bliskie, dlatego też sam film stał się dla nas kultowy, a wraz z kolejnymi razami jego oglądania (ile to już? 25? 26?) pomysł na odwiedzenie miejsc, gdzie kręcono poszczególne sceny, dojrzewał w nas coraz mocniej. W końcu – prawie rok przed wyjazdem – zaczęliśmy przygotowania. Laptopa Dell, na jakim pracował Walter w filmie, już mieliśmy więc pozostało tylko przygotować resztę ekwipunku i ruszać. Zaczęliśmy drobiazgowo przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji o lokalizacji kręconych scen, zjeździliśmy Islandię na mapach googla wszerz i wzdłuż, i tak powstał wstępny plan wyprawy. Wisienką na torcie był egzemplarz magazynu Life z lat siedemdziesiątych z obszernym artykułem o Islandii.

Jak to z reguły bywa na naszych wyprawach – sama droga już była przygodą. Pierwszy raz podzieliliśmy nasz zespół na dwie grupy, każda docierała na wyspę w innym terminie i innym środkiem transportu. Dlaczego tak – opisujemy niżej w “Informacjach praktycznych”. Pierwsza część teamu (ta piękniejsza) dotarła do Reykjaviku, dzień później nasz ukochany Explorer dotarł promem z resztą załogi na przeciwległy kraniec Islandii – czyli jakieś 700 km od Reykjaviku. Sam rejs promem to 48h na morzu, gdyż portem startowym jest Hirtshals w północnej Danii, a docelowo dopływa się do Seyðisfjörður na północno wschodnim wybrzeżu Islandii. Samolotem np. z Poznania to ledwie niecałe 4h lotu do Keflavik, oddalonego około 40km od Reykjaviku.
Droga na wyspę zajęła aż 4 dni – 2 dni na morzu i 2 dni dojazdówki (1500 km) do portu. Do Hirtshals warto przyjechać dzień przed rejsem, nie tylko dlatego, że prom odpływa rano, ale samo miasteczko dostarcza fajnych atrakcji do obejrzenia. Tuż obok jednego z większych kempingów są udostępnione do zwiedzania bunkry i okopy z czasów II Wojny Światowej, w ich skład wchodzą m.in. stanowiska artyleryjskie z zachowanymi idealnie platformami pod działa, a także pomieszczeniami obsługi. Do tego nad wszystkim góruje latarnia morska, z której widać idealnie całą sieć korytarzy. Sam kemping też jest źródłem ciekawych doznań – tym razem motoryzacyjnych. Tu trafia najwięcej osób z wszelkiej maści wyprawówkami, którzy podobnie jak my, ruszają w rejs. Wiele z tych osób spotykaliśmy potem na szlakach islandzkich bezdroży, czy też w drodze powrotnej.

Na prom warto zabrać dużo książek, albo jak ktoś woli dużo alkoholu, żeby jakoś przetrwać te 48h. Ze względu na kosmiczne koszty, wybraliśmy najtańszą opcję czyli tzw. couchette – to 6-osobowe kajuty z piętrowymi łóżkami. Sam prom dostarcza rozrywek w postaci 4 restauracji, sklepu wolnocłowego, małego kina, siłowni, basenu i jacuzi oraz kilku otwartych decków, na których można posiedzieć o ile wiatr akurat nie chce za wszelką cenę zdmuchnąć Was z pokładu. Po drodze jest też okazja do zwiedzenia Wysp Owczych. Wszystkie rejsy odbywają się z wpłynięciem do Torshavn, a w jednej z opcji biletu możecie zatrzymać się tu na 2 dni i potem kontynuować podróż na Islandię.

Islandia wita nas swoim zmiennym humorem – trochę deszczu, potem słońce, w międzyczasie silny wiatr do 100 km/h i tak po całym dniu załoga wreszcie jest w komplecie. Dziewczyny spędziły dzień na zwiedzaniu Reykjaviku, a Radek mknął w explorerze przez południową część trasy numer 1 w ich kierunku (trasa jedynka, to jedyna droga “krajowa” na wyspie, jest poprowadzona dookoła całej Islandii), mając po drodze zwiedzanie w stylu japońskich turystów – zza szyby samochodu. Wieczór spędzamy u Bartka z iceland4you, który wraz z rodziną mieszka na wyspie od parunastu lat. Dostajemy dużo ciekawych wskazówek, które miejsca warto odwiedzić oraz bardzo dokładne mapy i opisy tras 4×4. Od następnego dnia zaczynamy naszą pogoń za Walterem Mitty.

DZIEŃ 1
“Can’t talk right now, I’m on my way to a volcano.”

Dzisiejszym naszym celem jest Stykkishólmur, ale oczywiście będziemy tam jechać w najbardziej pokrętny sposób jaki się da. Pierwszy dzień poszukiwań Waltera Mitty rozpoczynamy od drogi prowadzącej do elektrowni geotermalnej Nesjavallavirkjun zasilającej Reykjavik w ciepłą wodę. Tutaj kręcony był jeden z elementów sceny jazdy Waltera na rowerze. Co ciekawe, składa się ona z kawałków nakręconych w 4 miejscach rozsianych po całej Islandii, oczywiście w kolejnych dniach zamierzaliśmy odwiedzić również tamte okolice. Sam dojazd do elektrowni dostarcza nam pierwszych niesamowitych wrażeń – dymiące skały, zupełnie nieziemskie kolory i zapach, który będzie nam towarzyszył jeszcze niejednokrotnie – czyli siarkowodór.

United Themes Shortcode Plugin

Ruszamy dalej na północ w kierunku Þingvellir. To miejsce bardzo ważne dla Islandczyków – tu w 930 roku obradował pierwszy raz parlament Althing, tu także ogłoszono w 1944 roku pełną niepodległość Islandii. “Dodatkową” atrakcją tego miejsca jest to, że stykają się tu płyty tektoniczne eurazjatycka i północnoamerykańska, co powoduje, że obszar jest aktywny sejsmicznie, a do tego można obejrzeć głębokie szczeliny związane z tymi zjawiskami. Z racji, że to miejsce jest jednym z punktów islandzkiej listy obowiązkowej, trzeba przygotować się na sporą ilość ludzi. Zmieniamy chwilowo kierunek i ruszamy na wschód, przy okazji wjeżdżając na pierwszą drogę typu “F” przeznaczoną tylko dla samochodów z napędem 4×4. Takich drogowskazów należy zdecydowanie przestrzegać, jak się później miało okazać – jeśli Islandczyk mówi, że droga jest tylko dla 4×4, to nie ma co polemizować i tak jest na pewno.

Kolejnym przystankiem jest Borgarbyggð i okoliczna cukiernia, która w filmie grała jeden z lokali Papa Jones. Tuż obok jest wzgórze, na którym pojawiały się napisy w trakcie lotu Waltera samolotem. Polecamy wizytę i spróbowanie pysznych ciastek i innych słodkości. Po przyjęciu potężnej dawki cukru ruszyliśmy dalej na północ, po drodze zahaczając o wygasły wulkan Eldborg. Aby dostać się na jego stożek, najpierw trzeba pokonać około 5 kilometrowy szlak, a potem wspiąć się po skalnej ścieżce z poręczami łańcuchowymi. Widoki z góry wynagrodzą ten wysiłek.

Powoli zbliżamy się do naszego dzisiejszego celu, miasteczka Stykkishólmur, po drodze zatrzymujemy się jeszcze na kąpiel w gorących źródłach Landbrotalaug. Noc spędzamy na lokalnym kempingu Tjaldstæði. Miejsce do polecenia – fajnie położone przy zboczu górki, za którą można schronić się przed wiatrem, do tego dla gości jest pawilon przy recepcji oraz namiot kuchenny, gdzie można przygotować sobie posiłki. A gdyby ktoś zapragnął zagrać w golfa – pole jest tuż obok. Atrakcją jest prysznic stojący na zewnątrz pawilonów sanitarnych, za to dostępny bez ograniczeń czasowych i w ramach opłaty za nocleg. Dziś przydaje się bardzo nasz pokrowiec na namiot dachowy, pogoda nas nie rozpieszcza, jest deszczowo i wietrznie.

DZIEŃ 2
“Ground control to major Tom”

Dlaczego akurat Stykkishólmur? Bo to tu rozgrywa się jedna z ważniejszych scen filmu. Walter przełamuje swój strach i wskakuje do helikoptera, a wszystko to z muzyką “Space Oddity” Davida Bowiego w tle. Zresztą samo miasteczko też jest bardzo urokliwe, a z portu odpływa prom na okoliczne wyspy oraz na Fiordy Zachodnie.

United Themes Shortcode Plugin

Opuszczamy portowe miasteczko i ruszamy w kierunku wschodnim, do kolejnego portu – Grundarfjörður. To tu Walter Mitty dopływa na Islandię i toczy bój o jedyny rower z “grupą napalonych chilijczyków”. Robimy obowiązkową fotkę i jedziemy kawałek za miasteczko do wodospadu Kirkjufellsfoss. Tak naprawdę główną atrakcją tego miejsca jest Kirkjufell czyli góra kościelna, która nazwę zawdzięcza swojemu kształtowi. Przy dobrych warunkach pogodowych można spróbować wspinaczki na jej szczyt, my jednak podziwialiśmy ją tylko z dołu.

Kierujemy się dalej na wschód drogą 54, aby objechać cały półwysep. Pierwotnie mieliśmy zjechać na południe drogą F570 – prowadzącą przez góry, ale raporty drogowe ostrzegały przed czasowym jej zamknięciem. Potwierdziło się to na miejscu, udało nam się dojechać do połowy, dalej przejazd był zamknięty przez wciąż zalegający śnieg. Jednak nawet ten odcinek dostarczył nam przepięknych widoków – surowa, dzika przyroda, niskie chmury i całkowity brak cywilizacji dookoła stworzyły niesamowity klimat. Śledząc późniejsze raporty okazało się, że droga była zamknięta aż do końca lipca.

Zjeżdżamy na południową część półwyspu, żeby po drodze zwiedzić Vatnshellir Cave. To sieć jaskiń polawowych mających ponad 8000 lat. Dla turystów udostępnione są 3 z nich. W środku panuje całkowita ciemność i cisza, a także brak jakichkolwiek żywych organizmów, poza zwiedzającymi i kilkoma trolami zamieszkującymi to miejsce. Latem wejścia są co godzinę, a na samo zwiedzanie musicie zarezerwować około 45 minut.

Zamykamy pętlę wokół półwypsu i jedziemy dalej równymi islandzkimi szutrami w kierunku zachodnim. Nasz cel to Eiriksstadir – żywe muzeum wikingów. To tu miał swoją zagrodę Erik Rudy, tu też urodził się jego syn – Leif Erikson, zwany Leifem Szczęśliwym, który był pierwszym europejczykiem, który stanął na amerykańskim lądzie – na długo przed Kolumbem. Dojeżdżamy jeszcze za dnia (ale zaraz, przecież tu dzień trwa cały czas), ale muzeum jest już zamknięte. Szukamy więc kempingu w okolicy i trafiamy na miejskie pole namiotowe w Búðardalur. Kemping to po prostu trawnik przed lokalną szkołą i ośrodkiem, ale za to z dobrym zapleczem sanitarnym, prysznicami i pralką.

DZIEŃ 3
“Beautiful things don’t ask for attention.”

Dzień rozpoczynamy od ponownej wizyty w Eiriksstadir, tym razem już skutecznej. Jest wczesna pora, więc poza parą amerykanów jesteśmy jedynymi zwiedzającymi. Siedzimy w wikińskiej chacie i słuchamy opowieści o podbojach Erika Czerwonego i wyprawach jego syna, przymierzamy zbroje i dowiadujemy się o codziennych zwyczajach wikingów. Dalsza trasa to powrót na południe wyspy, niestety pierwotnie zaplanowana droga F338 przez interior wciąż była zamknięta.

Przed dalszą drogą sprawdzamy, jak co dzień, prognozy pogody i stan przejezdności dróg. Na mapach pojawiają się ostrzeżenia przed silnym wiatrem do 120 km/h, musimy więc zmienić nasze plany noclegu w interiorze i szukamy kempingu poza obszarem najsilniejszego wiatru. Dziś drogę wyznacza pogoda, ale dzięku temu trafiamy na piękne wodospady – Hraunfossar i Barnafoss. Pierwszy to ponad 100 mini wodospadów przesączających się ze skał, drugi to potężna kipiel górskiej rzeki. Jego nazwa (dosłownie to wodospad dzieci) jest związana z bardzo smutną historią. W jego wodach w wigilijną noc utonęłą dwójka dzieci, która wyszła z domu na przeciw matce wracającej z pasterki.

Dookoła przygotowane są pomosty i tarasy widokowe, więc można wygodnie podziwiać piękno wodospadów. Polecamy też wizytę w miejscowej knajpce – zupa dnia i gorący, wypiekany na miejscu chleb były przepyszne.

Skręcamy na południe i ruszamy drogą F550 – Kaldidalsvegur, czyli drogą doliny zimna. Dookoła nas wulkaniczna pustynia i sporo śniegu z okolicznego lodowca, a od zachodniej strony groźne, skaliste stoki. Pogoda też wpisuje się w ten scenariusz, wzmaga się zapowiadany przez meteo wiatr, a deszcz chwilami pada w odwrotnym kierunku – w stronę chmur. Pędzimy do znalezionego na mapach kempingu, który okazuje się być na terenie strzeżonego osiedla domków jednorodzinnych. Na miejscu czeka na nas bardzo miła niespodzianka – basen geotermalny, duża sala gdzie można posiedzieć w cieple oraz barek. Sam kemping był całkiem pusty, więc mogliśmy wybrać najlepsze miejsce chroniące nas przed szalejącym wiatrem.

DZIEŃ 4
“Have you done anything noteworthy, mentionable?”

Wróciliśmy w rejony Golden Circle – czyli złotego kręgu, który wyznaczają Park Narodowy Þingvellir, Geysir i wodospad Gullfoss. To punkty obowiązkowe wizyty na Islandii, a co za tym idzie najbardziej oblegane przez turystów. Musicie być przygotowani na tłumy i czekanie na swoją kolej, aby zobaczyć kolejną eksplozję gejzera Strokkur, czy zrobić sobie zdjęcie przy Gullfossie.
Nazwa gejzer wzięła się właśnie od tego najsłynniejszego przedstawiciela czyli Geysir, który obecnie jest już dużo mniej aktywny i wybucha bardzo nieregularnie i rzadko. Za to jego sąsiad Strokkur robi to regularnie co 5-10 minut, wyrzucając wodę nawet na wysokość 20-30 metrów. Cały obszar dookoła pełny jest bulgoczących źródełek i dymiących siarkowodorem dziur w ziemii.
Niedaleko od tego miejsca jest kolejna atrakcja rejonu golden circle – wodospad Gullfoss (czyli złoty wodospad). Potężny, dwukaskadowy olbrzym, do którego można podejść bardzo blisko, chętnie zrasza turystów wodą rozbijającą się u podstawy na drobne cząsteczki, dlatego warto zabrać ze sobą kurtkę przeciwdeszczową. Niestety pogoda nam nie sprzyjała i nie mogliśmy obejrzeć słynnego spektaklu z wieloma tęczami nad wodospadem.

Uciekamy od zgiełku Golden Circle, szukając ciszy i odosobnienia, wjeżdżamy w interior kierując się na Landmannalaugar. Ale najpierw witamy się z wulkanem Hekla przejeżdżając tuż obok niego. Według naukowców jego wybuch może nastąpić już wkrótce, co może doprowadzić do dużo większych zniszczeń i problemów jak w przypadku ostatniej erupcji w 2010 roku wulkanu Eyjafjallajokull. Droga jest dostępna tylko dla samochodów 4×4 ze względu na kilkanaście brodów do pokonania, czy też stromych podjazdów wymagających użycia reduktora. Krajobrazy znowu zachwycają, przepiękna nicość, kompletny brak cywilizacji i zero mijanych turystów, i tak praktycznie do samych gór tęczowych. Czujemy się jak na planie filmu Marsjanin, podróżując naszym terenowym łazikiem.

Docieramy do doliny tęczowych gór, przed nami jeszcze jeden bród do pokonania i jesteśmy już na terenie kempingu. Masa tyrystów dotarła i tu, pole namiotowe wygląda jak baza wspinaczkowa w Himalajach. Popularność tego miejsca przekłada się też na ceny, dlatego uciekamy dalej drogą F208 na południe. Znowu zanurzamy się w bezkres pól lawowych i dzikiego krajobrazu. Niedaleko za rozwidleniem dróg F233 i F208 mijamy pole namiotowe, które jednak odpuszczamy ze względu na wczesną porę, wybierając miejscowość Vik jako punkt noclegowy. To był duży błąd, bo trafiliśmy na miejski “kemping” na parkingu, całkowicie bez osłony przed wiatrem, zapełniony do ostatniego wolnego miejsca nawet na obrzeżach. Jedynym plusem była jadalnia z czajnikami, gdzie można było przygotować sobie ciepły posiłek.

DZIEŃ 5
“It’s about courage and going into the unknown”

Pokonywane poprzedniego dnia brody dały się we znaki łożyskom alternatora, szczególnie jeden głęboki na tyle, że przelała nam się woda przez maskę. Słychać je dość wyraźnie, ale póki co kontynuujemy zwiedzanie. Przed nami piękne plaże z czarnym piaskiem, wzgórze z Pufinami i ciąg dalszy przygód Waltera. Dzień zaczynamy od pobliskiej Reynisfjara – czyli czarnej plaży. Potężne fale i woda wdzierająca się co chwilę na ląd kuszą, żeby podejść bliżej. Kończy się oczywiście zamoczeniem butów, bo nikt nie jest w stanie uciec pędzącym falom. Wdrapujemy się na skalne “schody” czyli bazaltowe kolumny i witamy się z trolami, które zastygły zaskoczone przez promienie słońca.

Islandia zagrała w filmie nie tylko Grenlandię, ale też Afganistan. Wszystkie ujęcia trekingu i wspinaczki w Himalajach były kręcone na wyspie. Tak trafiliśmy na wodospad Skogafoss – czyli scenę z dwoma szerpami i Walterem na tle wodospadu. Docieramy też do najsłynniejszego basenu z wodą termalną Seljavallalaug. Kiedyś pełnowymiarowy, obecnie jest częściowo zalany lawą po wybuchu wulkanu Eyjafjallajökull. Pogoda nie zachęca do kąpieli, ale ciepła woda przekonuje do zanurzenia się. Dzień kończymy na farmie Holendrów, którzy przeprowadzili się na Islandię i prowadzą gospodarstwo rolne, przy okazji również hotel i kemping. Cudowne miejsce, z dala od zgiełku trasy numer 1, ze świetnym zapleczem kuchennym, jadalnią i jacuzzi. A jeśli macie ochotę na coś wykwintniejszego niż obiad z własnych zapasów, restauracja hotelowa zaprasza bogatą kartą dań.

DZIEŃ 6
“I don’t like to have the distraction of the camera.”

Pogoda znowu nas nie rozpieszcza, od rana jest zimno i pada deszcz. Łożysko od alternatora daje co raz mocniej znać o sobie. Mamy drugie na wymianę, potrzebny jest tylko warsztat, który je wprasuje. Jesteśmy wciąż niedaleko Vik, więc decydujemy się na wizytę u mechanika. Początkowo nie chcą nas przyjąć, ale gdy mówimy, że sami wymontujemy alternator sprawa się upraszcza. Deszcza nadal leje, do tego dochodzi jeszcze przerwa na lunch w warsztacie i tak około godziny 15 jesteśmy już po wymianie. Początkowo alternator stwarza jeszcze jakieś problemy, ale po chwili jesteśmy gotowi do dalszej drogi. Dziś przed nami długi odcinek, bo chcemy dojechać aż do Höfn, ale oczywiście nie odpuszczamy zwiedzania.

Zdecydowaliśmy się ruszyć na wschód m.in. ze względu na prognozy pogody. Meteo zapowiadało słońce i dużo wyższe temperatury na północnym wschodzie Islandii, ruszyliśmy więc gonić ciepełko – choć w warunkach islandzkich to pojęcie względne, już przy 15 stopniach czujemy się jak na tropikalnej plaży. Zjeżdżamy z głównej drogi i odwiedzamy kanion Fjaðrárgljúfur. Ma on ponad 2 km długości i ponad 100 metrów wysokości, wyrzeźbiony przez erozję wód lodowca i rzeki Fjaðrá ściąga nie tylko turystów, ale też artystów i muzyków, którzy chętnie kręcą tu swoje teledyski. Zwiedzamy go w strugach deszczu, co ma swoją zaletę – turystów jest dużo mniej. 

Zbliżamy się do terenów, na których lodowiec praktycznie wdziera się na naszą trasę. Jednym z miejsc, gdzie można obejrzeć jego potęgę jest Svínafellsjökull. Tu z bliska można podglądać schodzenie lodu i procesy jakie temu towarzyszą. Kawałek dalej napotykamy na jezioro polodowcowe Fjallsárlón i przepiękną scenerię schodzenia lodowca do wody. Przez poranne walki z autem nasz dzisiejszy dzień przesunął się mocno w czasie. Ale w czym to przeszkadza, przecież wciąż trwa dzień polarny i pomimo godziny w okolicach 21 możemy dalej podziwiać piękno Islandii. Dookoła jest co raz mniej turystów i większość atrakcji jest tylko dla nas.

Dzień powoli dobiega końca, a my jesteśmy cały czas w trasie. Jednak magia dnia polarnego działa niesamowicie na odczuwawanie zmęczenia, czy energię do dalszego działania. Zgodnie z prognozami pogoda robi się co raz piękniejsza, wiatr przegania chmury tworząc piękne widowiska na niebie. Docieramy do plaży diamentów Jökulsárlón – to miejsce, gdzie lodowiec spływa do morza majestatycznie sunąc powoli do przodu. Opłukiwane z osadów bryły lodu zaczynają połyskiwać w słońcu jak prawdziwe diamenty rozmiaru XXL.

Na kemping docieramy około godziny pierwszej “w nocy”. Jednak nabuzowani pozytywną energią i widokami, które mieliśmy okazję dziś widzieć, rozstawiamy obóz i przygotowujemy obiad. A przed nami kolejny dzień z miejscami związanymi z Walterem Mitty – to właśnie port lotniczy w Höfn udawał lotnisko w Nuuk.

DZIEŃ 7
“Do you have any cars available? Yeah, we have a blue one and a red one.”
United Themes Shortcode Plugin

Dzisiejszy dzień miał być leniwym przejazdem w kierunku Reyðarfjörður, skąd mieliśmy dalej ruszyć w interior. W końcu przed nami tylko jazda głównie trasą numer 1, a zatem nudna afaltowa droga. Ale najpierw miejsca związane z Walterem. Odwiedzamy port lotniczy “Nuuk”, gdzie Mitty wypożycza samochód. Do wyboru ma niebieski i czerwony – czy kojarzycie scenę z Matrixa i wybór koloru tabletki, którą oferuje Morfeusz? Kawałek dalej – wzdłuż trasy numer 1 kręcony był ciąg dalszy sceny na rowerze – to już kolejne miejsce, które składa się na ten fragment filmu, oddalone o setki kilometrów od pozostałych lokalizacji.

Kontynuując nasz tranzyt jedynką, na mapie napotykamy na trasę F980. Przypominamy sobie wtedy malownicze opisy z internetu, ale też ostrzeżenia przed forsowaniem rzeki Skyndidalsá bez sprawdzenia jej głębokości. Skręcamy więc na północ i ruszamy przepięknym szlakiem tej “f-ki”. Po górzystym wstępie docieramy do wielkiej doliny rozlewiska rzeki. I znowu odejmuje nam mowę, a widoki zachwycają. To jest ten moment, kiedy wydaje Ci się, że Islandia nie jest Cię w stanie już zaskoczyć, bo w sumie widziałeś już dużo, ale po przejechaniu kolejnej górki znowu robisz wielkie ŁAAAAAAAŁ. Jadąc rozlewiskiem docieramy do głównego nurtu, a wraz z nami grupa włoskich quadowców. Sforsowanie rzeki daje dostęp do malowniczego górskiego szlaku, niestety rzeka nie daje za wygraną. Nurt jest wartki i głęboki, nie ryzykujemy więc jego pokonania, quadowcy też odpuszczają. To z tego miejsca można znaleźć najwięcej filmów na youtube z akcji wyciągania utopionych 4×4. Quadowcy odjeżdżają, a my zostajemy w dolinie sami. Odpalamy drona i kręcimy piękne sceny przejazdu korytem rzeki.

Zmierzamy dalej na północ zatrzymując się po drodze na obiad w uroczej portowej miejscowości Djúpivogur. Opuszczamy na chwilę trasę “1”, aby wjechać na przełęcz Öxi drogą 939. Po drodze mijamy jeszcze wodospad Folaldafoss skąd możemy podziwiać piękne widoki na zatokę. Warto pojechać tym skrótem, choć droga jest miejscami bardzo stroma i dość wąska. Przy gorszej pogodzie może sprawiać niemałe trudności. Zbliżamy się do Reyðarfjörður, ale nawigacja sugeruje nam skręt w prawo w kierunku pasma górskiego (drogą nazwaną Þórdalsheiðarvegur) zamiast jazdę dookoła i ponowny powrót na jedynkę. To był strzał w dziesiątkę. Piękny szlak, miejscami wymagający użycia reduktora ze względu na stromizmę, połacie śniegu i pełnia kolorów w słońcu. I tak docieramy do bardzo przyjemnego kempingu miejskiego w Reyðarfjörður z pełnym zapleczem sanitarnym, pralką, suszarką i aneksem kuchennym.

DZIEŃ 8
“Do you have any cars available? Yeah, we have a blue one and a red one.”

Plan na dziś to wrócić ponownie w interior i dotrzeć do wulkanu Askja. Ruszamy więc do Egilsstaðir, gdzie uzupełniamy zapasy i zjeżdżamy na drogę 931, która doprowadzi nas do F910 prowadzącej w interior. Po drodze mamy kolejny wodospad, jednak całkiem odmienny od już obejrzanych. To Hengifoss i jego mniejszy brat Litlanesfoss. Hengifoss to jeden z najwyższych wodospadów na Islandii, ale jego charakterystyczną cechą są bazaltowe skały z których spływa, poprzecinane cienkimi czerwonymi warstwami gliny. Całość wygląda jak góra pokolorowana w paski. Aby do niego dotrzeć, trzeba iść szlakiem około 45 minut, widoki wynagrodzą jednak tą wspinaczkę.

Pogoda znowu daje o sobie znać, wieje silny wiatr i bez przerwy pada deszcz. Docieramy do zapory wodnej Kárahnjúkavirkjun, która jest zbudowana przy wąwozie Hafrahvammagljúfur. Niestety nie ma szans na zwiedzanie – niskie, gęste chmury, lejący bez przerwy deszcz powodują, że pakujemy się do samochodu i jedziemy dalej przez pustynie lawowe. Droga robi się też co raz gorsza. Musimy walczyć z bardzo głęboką szutrową tarką, której nie da się w żaden sposób ominąć, a wyjeżdżanie poza szlak jest w tym rejonie surowo zabronione. Docieramy do krzyżówki dróg F910 i F905 i decydujemy się na dojazd do pobliskiego kempingu.

Po dwudziestu paru kilometrach tarki, po środku niczego, ukazuje nam się bajkowe miasteczko – to kemping Möðrudalur – zbudowany w interiorze – z własnym ujęciem wody, agregatami prądotwórczymi, barem i nietypową stacją benzynową. Chętni mogą też wykupić przelot helikopterem nad Askje. Miejsce jest świetnie przygotowane na gości, do dyspozycji jest m.in domek ze stołami i kuchnią gazową. A jeśli akurat nie chce Wam się gotować – restauracja serwuje sporo dań. Obsługa to głównie Polacy, więc nie będzie problemu z dogadaniem się.

DZIEŃ 9
“Do you have any cars available? Yeah, we have a blue one and a red one.”

Nie dajemy za wygraną i postanawiamy dojechać do wulkanu Askja alternatywną drogą F88. Teoretycznie powinna być łatwiej przejezdna od F905. Pogoda też jakby nam sprzyjała, zaczyna się przejaśniać i w końcu wychodzi słońce, po które przyjechaliśmy na północ. Uzupełniamy zapasy paliwa na kempingowej stacji i ruszamy najpierw w kierunku pól lawowych Hverarönd – obszaru aktywnego systemu wulkanicznego Krafla.

Bulgoczące błotne jamy, dymiące kamienne stożki, gwiżdżące ogromnym ciśnieniem i gorącem kamienie i wszechobecny zapach siarkowodoru. Do tego kolory, których nie spotkaliśmy jeszcze na Islandii. Para i dym mieszają się z chmurami tworząc iście piekielną scenografię.

Gdy wracamy do samochodu, zauważamy parę, która zainteresowała się naszymi naklejkami na drzwiach z Walterem Mitty. Wreszcie ktoś zrozumiał o co chodzi w naszych poszukiwaniach. I to nie byle kto – bo sam Andreas Kieling – fotograf i operator pracujący dla National Geographic, niemieckich stacji RTL i ARD czy Canal+. Akurat realizowali materiał o Hverir i zauważył naszego explorera z motywem przewodnim wyjazdu. Opowiedzieliśmy o naszej trasie, miejscach ze scenami z filmu, a Andreas swoją historię o zagubionej klatce nr 25.

Naładowani pozytywną energią po spotkaniu, ruszamy w kierunku Askji. Zjeżdżamy w interior drogą F88 i zanurzamy się znowu w lawowe, pustynne krajobrazy. Niestety tarka i na tej trasie nie odpuszcza, mamy wrażenie, że nawet jest gorzej jak poprzedniego dnia. Do Askji jest około osiemdziesiąt kilometrów, my odpuszczamy po niecałych trzydziestu. Wibracje w jakie wpada cały samochód powoduje, że rezygnujemy z dalszej drogi i zawracamy. Próbowaliśmy różnych sposobów – niższego ciśnienia w oponach, większej prędkości, mniejszej i nic. Efekt końcowy był taki, że zaczęły odkręcać się niektóre śruby w samochodzie. W trakcie powrotu wyprzedza nas jeden z islandzkich big jeepów na balonach 45 calowych, ciągnąc za sobą lawetę z motocyklami. Gdy docieramy do asfaltu, kierowca lawety zatrzymuje nas. Okazuje się, że to Polak mieszkający na wyspie, lokalny mechanik, który dostał zlecenie ściągnięcia niemieckich motocyklistów spod Askji. Tarka dała się we znaki ich maszynom – dwie rozsypały się, reszta z mniejszymi uszkodzeniami też nie była w stanie kontynuować jazdy. Ich ewakuacja trwała już od 12 godzin, bo droga nie pozwalała na szybszą jazdę.

Zmieniamy szybko nasze plany i obieramy najbardziej wysunięty kawałek islandzkiego lądu na północ jako nasz główny cel. Kierujemy się drogą 862, która na początku prowadzi nas do dwóch wodospadów. Pierwszy z nich – Dettifoss – to najpotężniejszy wodospad w Europie w kategorii ilości przepływającej wody. Rzeczywiście robi niesamowite wrażenie, gdy jego huk zagłusza rozmowy, a spadająca prawie 50 metrów w dół masa wody rozbija się o skały u podstawy. Kawałek wyżej jest drugi wodospad – Selfoss do którego woda wlewa się jak do lejka – dookoła.

Ruszamy dalej wzdłuż kanionu Jökulsárgljúfur, krajobraz zmienia się całkiem – robi się zielono, a droga wygląda jak wycięta w puchowym dywanie z mchów i trawy. Docieramy do kolejnego kanionu – Ásbyrgi – gdzie jest również duży kemping, na którym zatrzymujemy się na noc. Jest bardzo dobrze przygotowany na wizyty turystów – stanowiska są poprzedzielane drzewkami osłaniającymi przed wiatrem, do dyspozycji jest spora ilość łazienek i prysznicy oraz pralnia, a także suszarnia na ręczniki – bardzo fajne rozwiązanie biorąc pod uwagę panującą dookoła wilgoć. Teren kempingu jest w środku kanionu, który zwiedzimy rano następnego dnia.

DZIEŃ 9
“Do you have any cars available? Yeah, we have a blue one and a red one.”

Dzień rozpoczynamy od spaceru po kanionie. Jego kształt jest podobny do podkowy dlatego też Islandczycy wierzyli, że to odcisk kopyta ośmionogiego konia Odyna. Badania geologiczne dają bardziej przyziemne powody powstania – 3 powodzie glacjalne, które były skutkiem wybuchów wulkanów Kverkfjöll i Bárðarbunga należących do lodowca Vatnajökull. Sam kształt osłaniający okolicę oraz stałe zasilanie w wodę dają doskonałe warunki dla powstałego tu lasu brzozowego, który przyciąga Islandczyków z całego kraju, nie mających za wielu okazji do przebywania pośród drzew. Dodatkowo panuje tu niesamowita akustyka – w jednym z miejsc kanionu głos niesie się na całą okolicę, powodując wrażenie “mówiących” skał.

Kontynuujemy naszą podróż na północne skraje Islandii drogą 870. Te rejony są co raz mniej zamieszkałe, ludzie wyprowadzają się z tych okolic, rzadko też można spotkać turystów, dookoła panuje spokój i cisza. Trafiamy na miejsca nie opisywane w przewodnikach i nie zaznaczone na mapach. Jednym z nich jest mała zatoczka z plażą i “dziurawą” skałą podobną do tej, którą oglądaliśmy na Dyrhólaey. Krajobrazy nadal nas zachwycają, póki jeszcze je widzimy, bo pogoda zmienia się znowu jak w kalejdoskopie. Schodzą niskie chmury, a mgła miejscami ogranicza widoczność do 50 metrów.

W takich mrocznych okolicznościach trafiamy niespodziewanie do ptasiego rezerwatu na przylądku Rauðinúpur. Zjechaliśmy z głównej drogi w poszukiwaniu najbardziej wysuniętego kawałka lądu na północ, a trafiliśmy na bramę z informacją o rezerwacie i możliwości wjechania do niego samochodem, pod waruniem przestrzegania bardzo surowych zasad. Ilość ptaków małych, dużych, biegających. latających, drepczących przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Hitchcock nie powstydził by się tego miejsca do nakręcenia sequela swoich “Ptaków”. Musieliśmy bardzo uważać na małe pisklaki, które nie bały się zupełnie samochodu i biegały po drodze, w końcu to było ich królestwo, a my byliśmy tylko goścmi.

Objeżdżamy półwysep od północy mijając zapomniane przez świat wioski rybackie, w których stoją czasem dwa, czasem trzy domy, a do najbliższej cywilizacji jest co najmniej 60 kilometrów. Docieramy do cypelka, który wg naszej mapy powinien być najbardziej wysuniętą na północ lądową częścią Islandii. Mgła jest bardzo gęsta, nie widać nawet stojącej nieopodal latarni Hraunhafnartangi. Po wyrzuconych na brzeg śmieciach czy elementach statków możemy sobie wyobrazić potęgę sztormów panujących w tym miejscu.

Zjeżdżamy na południe w kierunku miejscowości Raufarhöfn, ale wcześniej ładujemy nasze baterie w tajemniczym Heimskautsgerðið – Arctic Henge. To wciąż budowany zegar słoneczny wyznawców Ásatrú. Obecnie gotowe są 4 bramy symbolizujące cztery pory roku oraz centralny monument. Całość docelowo ma mieć 52 metry średnicy, a dookoła mają być ułożone 72 głazy odpowiadające imionom krasnoludów z Eddy, które powiązane są z różnymi porami roku. Przy słonecznej pogodzie promienie wpadają przez bramy, a cienie ułożone są w mitycznym porządku. Warto zajrzeć też do lokalnej tawerny Kaupfélagið, w której właścicielka podaje genialną zupę dnia (trafiliśmy na krem ze szparagów) oraz własnoręcznie wypiekane różne rodzaje chleba. Samo miejsce ma też swój klimat, na półkach zebrane są przeróżne przedmioty z XX wieku, ale też historyczne już opakowania znanych marek.

Kontynuujemy naszą podróż drogą 875 na południe, a nocleg planujemy na kempingu w Vopnafjörður. To mała miejscowość z portem i przetwórnią ryb. Gdybyście szukali kempingu, nie jest on w miejscu oznaczonym na mapach, tylko bliżej szkoły i posterunku policji. Sam kemping jest malutki i wieczorem może nie być już na nim miejsc, to po prostu kolejny parking zaadoptowany na kempowanie i zarządzany przez miasteczko, są natomiast kibelki i prysznic oraz kilka ław ze stołami.

DZIEŃ 10
“Do you have any cars available? Yeah, we have a blue one and a red one.”

Maskonury popularnie zwane Pufinami to ptak-symbol narodowy Islandii. Można je oglądać w kilku miejscach na wyspie. Jednym z nich jest Borgarfjarðarhöfn, który obieramy za dzisiejszy cel. Ruszamy drogą 917 wzdłuż wybrzeża, aby następnie przebić się przez góry i dotrzeć do doliny rzeki Jokla. Musimy objechać ją do najbliższego mostu i ponownie ruszyć wzdłuż jej brzegów. Po drodze zatrzymujemy się przy wodospadzie Gljúfursárfoss – jednym z niewielu wodospadów, które wpadają bezpośrednio do morza. Po krótkim spacerze kontynuujemy wspinaczkę drogą 917, aby w końcu znaleźć się po drugiej stronie pasma górskiego. Przez długi czas towarzyszą nam chmury ograniczając mocno widoczność, przydają się żółte tyczki wzdłuż drogi i widok na przebieg trasy na gps-ie. W końcu przebijamy się na drugą stronę przełęczy i powala nas widok. To dolina rzeki Jökla zwanej też Jökulsá á Dal, czyli dosłownie “rzeka lodowcowa w dolinie”.

Musimy przedostać się na drugą stronę doliny, gdzie czeka nas ponowna wspinaczka po krętych górskich dróżkach. Najpierw jednak robimy nasze ulubione zdjęcie w stylu okładki Waltera Mitty. Opuszczamy drogę 917 i przeskakujemy na drugi brzeg rzeki jadąc znowu w kierunku jej ujścia drogą 925. Zatrzymujemy się przy niepozornej malutkiej chatce obłożonej trawą. Okazuje się, że to kościół torfowy Geirsstaðakirkja. Wpisujemy się do księgi pamiątkowej i ruszamy dalej. Po drodze wstępujemy jeszcze na próg wodny elektrowni Lagarfossvirkjun przy trasie 944. Przejeżdżamy przez przełęcz, na szczycie której jest punkt widokowy, skąd można podziwiać panoramę doliny rzeki Jökla, tym razem od jej wschodniej strony.

Docieramy do małego portu Borgarfjarðarhöfn, na końcu którego jest górka do obserwacji Pufinów. Są ich dziesiątki, a dzięki zbudowanym platformom można podejść do nich bardzo blisko. Dodatkowo dla chętnych są płatne stanowiska do wnikliwego podglądania tego gatunku. Oprócz Maskonurów, cypelek zamieszkuje również wiele innych gatunków ptaków – w tym m.in. różnorakie mewy, które akurat miały okres lęgowy.

Wracamy kawałek do Bakkagerði, gdzie zatrzymujemy się na kempingu. Położony jest on u stóp góry Álfaborg co tłumaczy się jako Elfia Skała, a lokalni mieszkańcy wierzą, że zamieszkuje ją królowa Elfów. Ze szczytu można podziwiać panoramę miasteczka i zatoki. Sam kemping jest dość rozległy, więc nie powinno być problemu ze znalezieniem miejsca. Dla turystów dostępna jest sala z ławami i stołami oraz kuchnia elektryczna i czajniki. Polecamy też wizytę w elfim barze – Alfacafe, gdzie podają genialną zupę rybną – zawsze ze świeżych składników. My trafiliśmy na zupę z Tuska 😉
Dzisiejszy dzień przyniósł jeszcze jedną bardzo miłą niespodziankę, gdy siedzieliśmy w kempingowej świetlicy przyjechała ekipa Andreasa, również planowali odwiedziny u Pufinów. Pół nocy spędziliśmy na opowieściach i historiach z różnych wyjazdów. Była też okazja obejrzeć okładkę ze słynną klatką 25, która zaginęła później w tajemniczych okolicznościach.

DZIEŃ 11
“Do you have any cars available? Yeah, we have a blue one and a red one.”

Powoli kończymy naszą islandzką przygodę, więc nie możemy oddalać się zbytnio od portu w Seyðisfjörður i lokalnego lotniska Egilsstaðir. Kręcimy się więc leniwie po okolicznych fjordach, trafiając znowu w piękne i magiczne miejsca. Takim okazała się dolina przy wielokaskadowym wodospadzie Klifbrekku przy drodze 953. Tuż przy nim jest przygotowane miejsce piknikowe, więc nie mogliśmy darować sobie takiej okazji. Woda na herbatę oczywiście była z wodospadu. Dzień kończymy na znanym nam już kempingu Reyðarfjörður.

DZIEŃ 12
“Do you have any cars available? Yeah, we have a blue one and a red one.”
United Themes Shortcode Plugin

Poranek wita nas przepięknym słońcem, idealna pogoda na ostatni dzień na Islandii. Ruszamy drogą 92, a następnie wzdłuż zatoki lokalną szutrówką 954 do starej kompalni kalcytu Helgustadir. Kopalnia jest ogólnie dostępna, ale trzeba mieć świadomość możliwości odkruszania się skał, natomiast kryształów kalcytu jest sporo już na samym wejściu do groty. Dziś to również ostatnie nasze spotkanie z Walterem Mitty. Podążamy do Seyðisfjörður, gdzie kręcone byłby sceny zjazdu longboardem oraz ucieczki Ładą Nivą przed wybuchem wulkanu.

Małe portowe miasteczko, do którego przybijają wszystkie promy pływające na Islandię. W jednej chwili z cichego miejsca zamienia się w gwarne, pełne samochodów i ludzi miasto, aby po 2 godzinach znowu zanurzyć się w spokoju islandzkich fjordów. Każdy kto je odwiedził zna zapewne kolorowy chodnik – to pozostałość po jednej z Queer Parade – czyli islandzkiej parady równości.

Wykład teoretyczny
Wydrukowane materiały ze szkolenia teoretycznego
Wycieczka wg. roadbooka (około 40km)
Bezpieczny tor 4×4 do szkolenia techniki jazdy i poznania swojego auta
Poczęstunek na czas przejazdu roadbookiem
Ognisko z kiełbaskami i napojami w trakcie szkolenia na torze

Dla osób dojeżdżających z dalszych rejonów Polski możliwość zorganizowania noclegów na terenie ośrodka Julinek. Na miejscu wiele atrakcji w tym m.in. park linowy, minigolf, plac zabaw dla dzieci.

Jazda pod góre
Zjazd z góry
Jazda po trawersach
Pokonywanie uskoków i rowów
Jazda po piasku
Jazda po błocie
Jazda po lesie
Brodzenie
Wykorzystanie akcesoriów offroadowych (wyciągarka, hilift, liny, szekle, etc.)
Zachowanie zasad Tread Lightly
I wiele innych elementów

Własnym samochodem 4×4

Załoga 2 osobowa – 260zł

Dodatkowa osoba powyżej 16 lat – 60zł

Samochodem Explopedii

Załoga 2 osobowa – 460zł

Dodatkowa osoba powyżej 16 lat – 60zł

Prześlij do nas zgłoszenie na najbliższe szkolenie 4×4. Odpowiedmy w możliwe najkrótszym czasie. Otrzymasz od nas szczegółowe informacje dotyczące płatności, miejsca i czasie szkolenia. Zgłoszenia bez wpłaty zadatku są unieważniane. Szkolenia grupowe odbywają się przy minimum 3 zgłoszonych załogach.

Już wkrótce kolejny termin szkolenia 4×4 offroad. ZAPRASZAMY!

Akceptuję regulamin.

Dzień z offroadem z Tripowscy.pl

Dzień z Offroadem z Tripowscy.pl

Na ostatnim szkoleniu 4x4 z serii Dzień z Offroadem gościliśmy ekipę Tripowscy.pl czyli Monikę i Jacka, którzy podróżują po całym

Read More

Jesienne szkolenie 4×4

Sezon wyprawowy zakończony, a zatem czas wrócić do weekendów ze szkoleniami 4x4. Małgosia i Wojtek ćwiczyli pod naszym czujnym okiem

Read More

Dzień z offroadem

Tym razem dzień z offroadem spędziliśmy z Iloną i Piotrem, w ramach gwiazdkowego prezentu. Susza nie sprzyjała kąpielom błotnym, ale

Read More

Shares

Explopedia.net

Shares